Nie wiedziałeś: „Poszukiwacze…” to arcydzieło kinematografii
Nawet jeśli lubisz „Poszukiwaczy Zaginionej Arki”, założę się, że nie zdawałeś sobie sprawy, że film ten jest arcydziełem kinematografii. Nie boję się użyć tego określenia. Ba! Mówię to z pełną premedytacją. Steven Spielberg należy do tych geniuszy, którzy dla osiągnięcia perfekcji, nie potrzebowali dekad doświadczenia. „Poszukiwacze…” są dla mas najlepszym kinem przygodowym w historii kina, ale dla kolejnych pokoleń młodych twórców filmowych, są czymś znacznie więcej – blisko dwugodzinnym studium mistrzowskiej formy wizualnej.
I na obrazie właśnie chciałbym się dziś chwilę skupić, pozostawiając na inną okazję zachwyty nad nieziemską narracją.
Zainspirował mnie eksperyment, który przegapiłem, a na który wpadłem kilka dni temu, szukając rzadkich zdjęć z planów filmowych.
Możecie nie wiedzieć, że lubię Stevena Soderbergha. Reżyser ten serwuje kino niekoniecznie super ambitne, ale podane w intrygującym wydaniu (Ocean’s Eleven, Traffic, Solaris, Out of Sight…). W 2014 roku postanowił zaprezentować „Poszukiwaczy Zaginionej Arki” z nowej perspektywy, by wydobyć esencję wizualnego geniuszu Spielberga. Eksperyment polegał na usunięciu dźwięku, koloru, a nawet kultowej ścieżki dźwiękowej. Pozbawienie filmu bogatej palety barw uwypukliło to, co czyni dzieło Spielberga ponadczasowym – perfekcyjną pracę z obrazem, zmuszającą widza do skupienia się wyłącznie na wizualnym przekazie. I wiecie co? Jestem w szoku!
Pośród inspiracji „Poszukiwaczy…” jest wiele klasyków kina (ważne miejsce zajmuje m.in. „Casablanca”). Nawet wybrane tylko kadry Indiany w czerni i bieli strzelają w pysk, hołdują temu kinu przeszłości i otwierają oczy na przepiękne, niezwykle przemyślane budowanie scen. Odnosi się wrażenie, że oglądamy ten sam film, ale jakby nakręcony… inaczej i podany widzowi do oceny ponownie…
Słowa nie oddają tego, co dzieje się na ekranie – te same kompozycje bez koloru, powodują, że elementy sceny, wcześniej niedostrzegalne, stanowiące zaledwie rekwizyty, teraz wysuwają się na pierwszy plan, tuż obok naszych bohaterów. Nie wiem – nie wiem, czy to moja wrażliwość, ale dociera do mnie w takim momencie nad czym godzinami dywagują adepci sztuki filmowej. Doznałem olśnienia.
YouTube wielokrotnie podsuwał mi wideo traktujące o szkole Spielberga i jego niezwykłej umiejętności przekazywania emocji za pomocą obrazu. Jego filmy są podręcznikowymi przykładami, jak komponować kadry, ustawiać aktorów w przestrzeni i wykorzystywać ruch kamery tak, by wzbogacać opowiadaną historię. To właśnie ta wizualna precyzja pozwala jego filmom działać nawet bez dialogów czy muzyki.
Soderbergh w swoim eksperymencie uwydatnił te cechy: Każdy element kadru – od ruchu aktorów po rozmieszczenie przedmiotów – ma swoje miejsce i cel. Taka dbałość sprawia, że widz intuicyjnie rozumie, co dzieje się na ekranie, nawet gdy brakuje dźwiękowej warstwy filmu (!). Zastąpienie ścieżki dźwiękowej elektroniczną muzyką (Trenta Reznora i Atticusa Rossa), zmienia dynamikę odbioru filmu, ale jednocześnie uwypukla, jak ważny jest sam obraz. Soderbergh pokazuje, że narracja wizualna Spielberga jest tak kompletna, że nie wymaga wsparcia w postaci dialogów czy tradycyjnej muzyki.

Źródło: www.vox.com
Poszukiwacze w czerni i bieli, to nowe doznanie. Może to również wynikać z kunsztu operatorskiego niezastąpionego Douglasa Slocombe’a (jego wypowiedzi znajdziecie w dodatkach na płytach DVD/Bluray z pierwszymi trzema filmami o Indym). Slocombe należał do pokolenia tworzącego jeszcze w erze kina czarno-białego. W czerni i bieli uwypuklona zostaje gra światła i cieni – tak więc wysokokontrastowe obrazy przywodzą na myśl klasyczne kino „noir”.
Eksperyment Soderbergha to nie tylko hołd dla Spielberga, ale także przypomnienie o podstawach sztuki filmowej. W czasach, gdy wiele produkcji opiera się na CGI, „Poszukiwacze Zaginionej Arki” przypominają, że prawdziwa magia kina tkwi w prostocie i precyzji wizualnej. To film, który uczy, jak budować emocje, relacje między postaciami i napięcie wyłącznie za pomocą obrazu.
Spielberg nie tylko opowiada historie – on je maluje. Każdy kadr w jego filmach jest jak płótno, na którym każdy szczegół ma znaczenie. Natomiast Soderbergh, upraszczając formę filmu, ukazuje, jak doskonałość wizualna może być jedynym środkiem narracji, stanowiąc najpotężniejsze narzędzie opowiadania historii.
I’m in love.
Oczywiście już działam, aby w moich zbiorach pojawiła się pełna wersja czarno-białych „Poszukiwaczy…” w 4K (ale jednak z oryginalnym dźwiękiem – takty „Raiders March” Johna Williamsa, dopełnią dzieła).
Tymczasem, nie mogłem nie zapewnić Wam materiału wideo. Bardzo dobra analiza z absolutnie fenomenalnym otwarciem:
Enjoy.
Wasz Raider